Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

Żyję! IIFYM

Ostatnie trzy miesiące były, mogę z całą pewnością stwierdzić, najtrudniejszymi w moim życiu. Zwaliło się na mnie wszystko. Tak już chyba bywa, że mamy zdolność do ściągania na siebie złego. Jeśli jednak to coś nie jest złe, to jest chociaż wielkim życiowym skrzyżowaniem, a najlepiej kilkoma na raz. Skrzyżowaniami w każdym możliwym aspekcie życia. Wiecie, takimi po których śpi się ciężko albo wcale, je się często albo w ogóle, takimi gdzie nagle ludzi wokół wydaje się za dużo, a za chwilę czujesz samotność.

Miałam wiele wolnych chwil, w których mogłabym coś dla was naskrobać. Miałam wiele wolnych chwil, w których ostatnie o czym myślałam to otworzenie bloga w nowej zakładce. Mogłabym już kilka tygodni temu zdać relację, że codziennie jem na śniadanie to samo: owsiankę z odżywką białkową, bananem i masłem orzechowym, Czasem dodaję kiwi, a czasem odżywka zmienia smak z wanilii na orzech, z orzecha na wanilię, bo kończy się kolejne opakowanie słodkiego prochu. Zamiast tego szukałam ucieczki, sposobu na rozładowanie stresu, jakieś dobrej drogi w całym tym szaleństwie. Nie było, nie ma. Czy to właśnie ta przereklamowana dorosłość?
Siedzę na siłowni częściej niż mam okazję spotkać się z kochającymi mnie osobami. Podczas tygodnia pracy pokonuję więcej kilometrów niż przebywałam jeszcze niedawno przez kilka miesięcy. Na obiady częściej jadam jajecznicę niż smażę kurczaka i jak nigdy chce mi się ton czekolady.
Ciało przestało już protestować, stopy już nie bolą, kolana pozwoliły mi dzisiaj na pierwszy prawdziwy trening nóg od dwóch miesięcy, wracam o 3, śpię do 12. Jednego dnia trzymam idealne makro, gotuję warzywa i lecę na trening, drugiego wstaję wycieńczona, oglądam pięciogodzinny maraton serialu i leżę z opakowaniem ciastek. Stres tak czy siak przez ostatnie 60 dni wyciągnął ze mnie 5kg. 


Ratuje mnie IIFYM. Gdyby nie ramy tego sposobu żywienia, pewnie rzuciłabym jakąkolwiek troskę o to co ląduje na moim talerzu już wiele miesięcy temu. Nie zawsze liczę białko, węgle i tłuszcze. Są dni, w których po prostu masz ochotę zamówić pizzę ze znajomymi, w których wypijasz o jedno wino za dużo, w których bierzesz największą kanapkę w kfc, kupujesz 300-g milkę oreo i zjadasz całą tego samego dnia, kupujesz torbę pączków z tradycyjnej pączkarni i jedziesz z nimi aż do rodziców, bo jeszcze nie próbowali.
Te dni pomijamy, nie rozwodzimy się nad maminymi obiadami, babcinym ciastem, wystarczą inne źródła stresu, po co dorzucać do nich jeszcze jedzenie. Jedzenie nie jest wrogiem, jedzenie jest dobre ^^


Poza dniami z powyższymi punktami przewodnimi są jeszcze dni, w których jem pilnując swojego makro. 30% kcal z tłuszczy, 30% z białek i 40% z węglowodanów, 1800-2100 kalorii z dowolnych źródeł. Jest owsianka, kanapka z grillowanym kurczakiem, jakiś serek z orzechami, jajka i ziemniaki. Albo wszystko inne na co tylko mam ochotę [z ciastem i milką włącznie], wliczając i uzupełniając swój jadłospis tak, by wyszły odpowiednie wartości poszczególnych makroskładników. Dzięki temu i nie spinamy się nad wyjściem gdzieś i zjedzeniem tam czegokolwiek i osiągamy swoje cele sylwetkowe. I nasi bliscy są szczęśliwsi i my, jednocześnie nie musząc rezygnować ze swojej pasji. Spokojnie, w zgodzie ze swoim ciałem i psychiką przeprowadzając czy to redukcję czy masę.

Przydatne kanały zwolenników IIFYM [If it fit your macros], dzięki którym dowiecie się więcej:
Jazmine Garcia [Historia niemal identyczna jak moja - od zaburzeń odżywiania, przez sztywne obsesyjne trzymanie diety, problemów ze zdrowiem, aż do elastycznego żywienia w zgodzie ze sobą i swoim ciałem]: https://www.youtube.com/watch?v=tK7P14TZloo

Jak obliczyć swoje zapotrzebowanie na kcal i poszczególne składniki: http://www.iifym.com/iifym-calculator/ Najważniejsze to z czasem dopasować makro pod siebie tak, by czuć się z nim komfortowo, a jednocześnie obserwować zamierzony progres. U mnie tą "zmianą w dobrą stronę" było zwiększenie ilości tłuszczu w diecie. Od dawna się tego bałam i była to u mnie w pewnym stopniu pozostałość po ED, teraz dochodzę z nimi i do 80g dziennie i poczułam się o wieeeele lepiej.


.1562. zmiany w diecie i kokosowa owsianka

 waniliowa owsianka z bananem, kiwi, żurawiną i wiórkami kokosowymi

Zmieniło mi się makro diety (tj. musiałam zmienić, bo w ciągu dwóch tygodni zgubiłam zdecydowanie za dużo (jedząc 2200-2300kcal). Z obawy o utratę mięśni, czas dorzucić kalorii :D Chodzenie średnio 8-10km dziennie, praca na nogach plus treningi to zdecydowane podbicie zapotrzebowania). Jako, że jem 4 posiłki dziennie, z niekoniecznie "czystych" źródeł (oj królowała ostatnio milka oreo), to z ciekawości, po sobotnim kursie dietetyki sportowej z Pawłem Głuchowskim rozpisałam sobie te posiłki z tamtejszego "zdrowszego" schematu. Teraz jestem naprawdę pod wrażeniem ilości jedzenia jaką mogę pochłonąć, haha, ale pozostanę przy najzdrowszej dla mojej psychiki mieszance: zdrowe jedzenie + ciastki + efekty ;) Tak, tak, napiszę wam w końcu wpis na temat IIFYM, już nawet mam co do niego zamysł artystyczny :D

Jak odzyskać okres? Jak odzyskać zdrowie po zaburzeniach odżywiania?

W kwietniu 2010 roku pewna piętnastoletnia dziewczyna napisała na pewnym małym blożku, że założyła tego małego blożka, żeby mieć w pewnym sensie podporę i fundament do utrzymania postanowień, że próbowała już wiele razy, jednak zawsze łamie się na widok czekolady i batonów, że chyba jest uzależniona, że musi to przezwyciężyć i że ten blog w pewien sposób jej w tym pomoże. Napisała, że będzie pisać co zjadła danego dnia i jak ćwiczyła, że jest otwarta na krytykę i uwagi, że będzie czekać na opinie i rady na temat ćwiczeń i diety, że zaczyna od jutra.
Już następnego dnia jadła nie więcej niż tysiąc kalorii. Pięćdziesiąt jeden dni później ważyła 8kg mniej, każdą wolną chwilę spędzała czytając "motylkowe" blogi, w swoim świecie, z dala od przyjaciół i rodziny.
To tego kwietnia 2010 roku miałam ostatni naturalny okres, następny, po setkach połkniętych tabletek, walce z samą sobą i odblokowaniu psychiki, pojawił się dopiero w październiku 2013 roku.
Gdzieś w okolicach listopada 2010, dalej obsesyjnie liczyłam trzymałam diety, ale pula wynosiła już jakieś 2000kcal (zwiększałam stopniowo, dodając 50kcal na tydzień przez co pilnowałam, żeby nie przytyć ani grama). W gorsze momenty znowu ograniczałam się dużo bardziej. Wtedy też mama zabrała mnie z moim problemem do miejscowego ginekologa.
Dostałam Luteinę w tabletkach, nie pamiętam dokładnie jak długo ją brałam, ale wiem, że po jakimś czasie pojawiły się lekkie ślady miesiączki, które zniknęły od razu po odstawieniu tabletek przez lekarza. Wtedy doktor odesłał mnie do swojego znajomego w mieście, twierdząc, że ten na pewno mi pomoże. Ten wysłał mnie na trzy dni badań w szpitalu, wiecie, dużo krwi, dużo niezrozumiałych wymian zdań. Jedyne co z tego wszystkiego do mnie wtedy dotarło, to, że moja gospodarka hormonalna jest w ruinie.
Dostałam Estrofem, który miałam brać kilka miesięcy po czym odstawić i sprawdzić czy coś ruszy samo (podczas brania leku regularnie miesiączkowałam, ale był to sztuczny, wymuszony przez tabletki okres), po ich odstawieniu miesiączka całkiem zniknęła. Wtedy doktor odesłał mnie do swojego znajomego w klinice endokrynologicznej.
Dostałam Femoston. Tak, to ten lek, dla kobiet z menopauzą. Głupio mieć menopauzę w wieku siedemnastu lat i głupio być odsyłanym od jednego lekarza do drugiego. Plusem było to, że ten był moim ostatnim doradcą w tym problemie. Na każdej kontrolnej wizycie endokrynolog sprawdzał moją wagę (co swoją drogą okropnie mnie wkurzało) i robił usg. Zastrzegł też, że przez najbliższe 3 lata mam zakaz przyjmowania tabletek antykoncepcyjnych, bo musimy nauczyć moje ciało naturalnego rytmu. Jajniki praktycznie nie pracowały, więc trzeba było wielu opakowań Femostonu, żeby w końcu coś ruszyło. Podobnie jak przy poprzednim leku, podczas zażywania tabletek, miałam regularny, comiesięczny, sztuczny i wcale mnie nie pocieszający okres. Do tego pojawiły się symptomy, których wcześniej przy miesiączce u mnie nie było: ból piersi, puchnięcie, zatrzymywanie wody, bóle głowy, przybieranie na wadze... W lipcu 2013 ważyłam już 58kg, ale czułam się ze sobą tak samo źle jak przy najniższej wadze (50kg), więc nie miało to szczególnie wielkiego wpływu na moje samopoczucie. Wtedy też miałam odstawić leki i czekać do trzech miesięcy na pojawienie się naturalnego już okresu. Zupełnie w to nie wierzyłam, ale i tak czekałam z niecierpliwością. Pojawił się na początku października.

Zjedz coś dobrego
Nieplanowane wyjście, wieczór z przyjaciółmi, rodzinne spotkanie i już ogarnia cię panika? Nie sądzisz, że nie tak to powinno wyglądać? Rzucaj sobie wyzwania, nie planuj wszystkiego, zjedz ciasto z babcią, ugotuj coś dla siebie i innych. Rozpieść się, bądź trochę egoistką. Ja w 2012 roku rzuciłam sobie wyzwanie "Przestań liczyć kalorie", walczyłam z tym strasznie długo i strasznie długo uczyłam się jeść intuicyjnie i w końcu dopuścić do siebie głos swojego ciała. Trudno dopuścić do siebie myśl, że "uczucie przepełnienia" (z waszych maili) to jednak nie przepełnienie ale zwykłe nasycenie. Wiem, łatwo pomylić te uczucia po latach głodu. Jedz, musisz jeść.

Baw się
Znajdź swoje miejsce na ziemi, bądź tam gdzie chcesz z ludźmi z jakimi chcesz, robiąc to co chcesz. Ćwicz jeśli lubisz lub tego nie rób. Szukaj miejsc, w których jesteś szczęśliwa, w których ani na chwilę nie myślisz o wadze, jedzeniu, wyglądzie. Odpręż się, zrelaksuj, kochaj, ciesz. Życie to nie bilans kaloryczny i obwód twojego pasa.

Nie bój się stawać silniejsza
Nasz organizm to wbrew pozorom bardzo inteligentna bestia, nie wystarczy "jeść zdrowo" (często pojawiające się teksty w waszych mailach a pro po braku okresu: "przecież jem zdrowo", "przecież jem odpowiednio dużo tłuszczu", "przecież nie ćwiczę aż tak dużo"), żeby ocknął się z tej niekomfortowej dla niego sytuacji. Zablokował się, bo stałaś się nie dość silna by móc utrzymać dziecko. Musisz więc udowodnić, że jednak jesteś gotowa na tą misję. Nie bój się, nie katuj, nie każ, a twoje ciało, samopoczucie i zdrowie ci za to podziękują.

Okres od października 2013 czasami się pojawiał czasami nie. Jednego miesiąca nie było go wcale, innego był już po dwudziestu dniach. W kwietniu tego roku (już 2015), poszłam na kontrolne badania, dowiedziałam się, że moje jajniki są jeszcze trochę słabe i stąd ta nieregularność. Tym razem obyło się już bez sterydów, hormonów i leków na menopauzę. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam od ginekologa zwykły ziołowy lek Castagnus. Mam brać po dwa opakowania co jakiś czas. Już po jednym mój okres wyrównał się całkowicie plus nie pojawiają się żadne bóle :)

.1519. Jemy, trenujemy, rzeźbimy. Śniadanie z ciastkiem z mikrofali.

Na siłowni dowiedziałam się, że schudłam, więc dzisiaj jestem z siebie dumna. Pewnie to znacie dziewczyny, jednego dnia patrzysz w lustro i jesteś gruba, a drugiego widzisz siebie jako mega laskę i od nowa ;) Dietę z ujemnym bilansem kalorycznym trzymam od dwóch tygodni, na razie spadło ze mnie w sumie siedem centymetrów, więc jestem mega zadowolona. Najlepsze jest to, że jem ponad trzy razy więcej niż na mojej głupiej diecie parę lat temu. Straciłam wtedy 15kg i zdrowie, tym razem, cięższa o parę kilogramów mięśni i parę kilogramów tłuszczu, zależy mi tylko na pełnej energii i pokazaniu tego co wypracowałam na siłowni. Bo siła jest kobietą, a dieta nie oznacza jałowych posiłków i odcinania się od świata. Teraz to wiem ;)
ciacho z mikrofali z masłem orzechowym, syropem i winogronami
mug pancake with peanut butter, walden syrup and grapes
30g mąki owsianej
15g płatków owsianych
20g odżywki białkowej (u mnie trec o smaku czekolada-sezam, stąd ciemny kolor ciasta)
80g (dwie łyżki) jogurtu greckiego
1 jajko

Wszystkie składniki wymieszać w dużym kubku. Piec w mikrofali przez 3,5 minuty. Podać z masłem orzechowym, syropem i owocami.

Wybita rzepka. Pułapki, bóle i powroty.

Wybita rzepka vol.1
Pierwszy raz stało się to dokładnie 22 maja 2009 roku, w trakcie urodzinowej imprezy mojego młodszego brata. Wstałam, zrobiłam dwa kroki, a w trakcie trzeciego poczułam jakby moja prawa noga straciła oparcie, jednocześnie dziwnie wyginając się w lewą stronę. Trwało to ułamek sekundy, ale wystraszona zdążyłam szybko złapać się szafki, co uchroniło mnie przed wylądowaniem na podłodze. Od razu spróbowałam wyprostować dziwnie wygiętą nogę i w tym momencie rzepka wskoczyła na swoje miejsce. Jak się później okazało uszkadzając przy okazji wiązadła w kolanie. Dosłownie doczołgałam się do swojego pokoju, walnęłam się na łóżko i to tam spędziłam resztę wieczoru. Noga bolała całą noc, rano zmuszona byłam pojechać do szpitala.

Dlaczego? To jedno z tych pytań, które zawsze zadajemy sobie jako pierwsze, prawda? Nie tylko jeśli chodzi o kontuzje, ale praktycznie w każdej "tej gorszej" sytuacji która nas spotyka. Dlaczego wtedy doznałam tej kontuzji? Nie bez znaczenia były tu lata spędzone na treningach hip-hopu i tańca nowoczesnego. Po wakacjach w roku 2008 dostałam się do grupy zaawansowanej i od tego momentu treningi mieliśmy 2-3 godzinne. Kolano bolało mnie od kwietnia, czasami bardziej, czasami mniej, czasami wcale, w maju nie wytrzymało. Miesiąc później miałam być już w górach, na obozie tanecznym razem z moją przyjaciółką. Zamiast tego do końca roku szkolnego siedziałam w domu z nogą wyprostowaną przed sobą i rycząc jak dziecko.
Nie mam zdjęć z tego okresu. To był ten moment mojego życia, w którym nie miałam za grosz wiary w siebie. Miałam za to gigantyczną obsesję na punkcie swojego brzucha i tendencję do jedzenia dużej ilości słodyczy w chwilach smutku. Trzy miesiące później wyglądałam więc już tak: 
zaczynałam trzecią klasę gimnazjum, nosiłam rozmiar XL. Taaa, nie pomogłam tym swojej nodze ani trochę.

Na pogotowiu zrobiono prześwietlenie i założono mi gips, który nosiłam przez 2 tygodnie. Po dwóch tygodniach i zdjęciu gipsu noga nie tylko nie była w stanie trzymać ciężaru mojego ciała, ale była wiotka i dużo chudsza od drugiej (o jakieś 4-5cm w obwodzie). Tydzień uczyłam się od nowa chodzić, gdzieś w tym czasie miałam też zabiegi pomagające w odnowie tkanek: laser i prądy. Dwa miesiące później pojechałam na wakacje do Chorwacji z rodziną. Całą drogę samochodem musiałam siedzieć na przednim siedzeniu, z wyprostowaną nogą, bo kolano ugięte dłużej od razu bolało. Chodzenie po wzniesieniach też było u mnie nie do przejścia i sprawiało dyskomfort w kolanie. Jedna całodniowa wycieczka z pokonanymi kilkoma kilometrami odbijała się następnym dniem spędzonym leżąc na plaży lub siedząc w pokoju.
Jakiś czas po powrocie, czyli już jakieś 4 miesiące po kontuzji, zaczęłam jeździć na rowerku stacjonarnym, 15-20 minut, nic wielkiego. Po powrocie do szkoły na wf chodziłam z opaskami na kolanach, ale i tak większość czasu spędzałam siedząc na ławce. W tym czasie próbowałam też wrócić do mojej grupy tanecznej, ale kolano zbyt doskwierało by było to możliwe. Podłamałam się już wtedy zupełnie. Historię z początku 2010 roku już znacie, a jeśli nie, to zajrzyjcie tu chociażby: 986. Jedyny plus tej "przygody" z głodzeniem się, ciągłą obsesją i walkami z rodziną było to, że to właśnie tą nierówną drogą dotarłam do małego ratującego mnie światełka - uratował mnie sport. Mnie i moje kolano. Powoli, po roku od kontuzji, ćwiczyłam coraz więcej i więcej, aż w końcu mogłam już dużo biegać, skakać, a nieco później i podnosić ciężary, a nic nie bolało. Do czasu.

Wybita rzepka vol. 2, czyli jak człowiek uczy się na błędach
5 maj 2015, ćwiczę sobie na siłowni, wpadłam tam na chwilę, na rowerze, przed spotkaniem biznesowym z znajomą. Miałam zrobić tylko brzuch i klatkę, więc pół godziny i będę gotowa. Trenowałam z piłką, a akurat ze strefy cardio wychodziła miejscowa trenerka ze swoją podopieczną. Żeby więc cofnąć moją dużą piłkę, która właśnie potoczyła się w ich kierunku zrobiłam duży krok i wtedy... przed oczami przeleciały mi wszystkie te obrazy z opisanej wyżej historii. Tym razem nie miałam się czego złapać, więc po prostu upadłam. Podświadomie, jak w 2009 roku, szybko wyprostowałam nogę, przez co, jak w 2009, kolano wróciło na swoje miejsce, a ja trzęsąca się ze strachu i biała jak ściana, leżałam na podłodze. "Nie boli, to nie to co wtedy, bo nie boli. Jeszcze dokończę trening i będę się śmiała ze swojego przerażenia." Złudne nadzieje. Leżałam na ziemi jakieś 15 minut. Tak, jak wtedy, umiałam normalnie uginać nogę, choć z lekkim oporem. Kolano nie puchło, trenerka podała mi wodę i siedziała przy mnie jeszcze trochę. W końcu wstałam, przeszłam kawałek dalej się trzęsąc, a chwilę później przyjechała po mnie znajoma. Wtedy jeszcze wierzyłam, że serio to nie odnowiona kontuzja. Poszłyśmy na kawę, ba! nawet pochodziłyśmy jeszcze trochę po mieście. Dopiero po powrocie do domu, przebraniu się w luźniejsze ciuchy i rozłożeniu się w fotelu, noga zaczęła puchnąć jak szalona. Po godzinie nie umiałam już uginać jej w stawie, po dwóch pojechaliśmy do szpitala.
Gdy ktoś kiedykolwiek powie wam, że punkcja kolana nie boli, wyśmiejcie go porządnie. Ja dałam się na to nabrać pielęgniarce, po czym wiłam się na kozetce, płacząc z bólu. Tym razem nie było gipsu (podobno zakładanie go przy tej kontuzji tylko pogarsza sprawę...), w sumie nawet nie było zdjęcia rentgenowskiego, było tylko ściąganie wody, zakaz dopuszczania do przeprostu w kolanie, opatrunek z chłodzącą maścią i wysłanie do domu.
Opuchlizna wróciła po trzech dniach, więc znowu poszłam do ortopedy (tak, jestem niezłą panikarą). Uspokoił mnie, kazał odpoczywać, ale próbować z czasem coraz bardziej uginać nogę. Dostałam też skierowanie na zabiegi: ponownie laser, pole magnetyczne i ćwiczenia rehabilitacyjne (czego nie było wcale za pierwszym razem).
Po dwóch tygodniach byłam w stanie ugiąć nogę do kąta 90 stopni i ćwiczyłam już w domu barki, biceps i triceps, z obciążeniem. W nodze ubyły 2cm mięśnia. Po trzech tygodniach przejechałam 10 minut na rowerku stacjonarnym i byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Po czterech zaczęłam robić wzmacniające ćwiczenia na kolano i wychodzić na dłuższe spacery, 3-5km szybkim marszem. Po pięciu przejechałam na rowerku stacjonarnym 30 i 40 minut oraz spacerowałam więcej. Po sześciu robiłam już w domu pełny trening FBW, nawet z przysiadami z 5-kg ciężarkiem. W połowie szóstego wróciłam na siłownię. W siódmym doczekałam się na wskazaną wcześniej rehabilitację ze służby zdrowia. Dojeżdżałam na nią rowerem, 15km. Tak, dalej mnie to śmieszy ;D W ósmym na siłownię też już jeździłam rowerem, dwa razy szybciej niż w tygodniu poprzednim.

Tym razem też płakałam jak dziecko, tym razem też miałam sportowe wydarzenie, które odbywało się miesiąc po mojej kontuzji (Reebok Fitness Camp). Tym razem też mnie ominęło, ale tym razem w tym czasie umiałam już chodzić ba! mknąć na rowerze! robić przysiady! No może jeszcze nie skakać i biegać i może w przysiadzie jeszcze nie brałam tyle co przed kontuzją i może też trochę przytyłam, ale wróciłam do sprawności sześć razy szybciej. Sześć! Nie ma więc co czekać na "zagoi się samo" tylko zacząć działać jak najszybciej jest to możliwe dla naszego zdrowia. Teraz wiem, że za pierwszym razem za dużo czasu przesiedziałam czekając na cud. 


Mam nadzieję, że ktoś dotarł do tego momentu. Napisałam ten wpis, bo może ktoś zmaga się z podobną kontuzją i może komuś pomoże moje historia. Nie dajcie się kontuzjom i trenujcie ciężko, jak to przeczytałam wczoraj na karteczce dołączonej do puchy Animal Flex'u :D :*

.1465. Przestać się przejadać!

owsianka z jabłkiem, truskawkami, wiśniową odżywką białkową, masłem orzechowym i czekoladą
oatmeal with apple, strawberries, cherry protein powder, peanut butter and chocolate


"Przestań się przejadać" - gdy zobaczyłam ten tytuł od razu wiedziałam, że musi znaleźć się w mojej biblioteczce. Wiedziałam, że musi się znaleźć, ale nie wierzyłam, że stanie się cud i po przeczytaniu moje relacje z jedzeniem poprawią się w jakikolwiek sposób. To co musicie wiedzieć zanim przeczytacie tą moją (bardzo subiektywną z resztą) opinię to informacje zawarte w pewnym fragmencie tekstu: Napisałam w listopadzie zeszłego roku dość obszerny wpis na temat kompulsywnego objadania, ale nigdy go nie opublikowałam i chcę, żeby teraz jego część ujrzała światło dzienne. To w pewnym stopniu rozjaśni wam moją sytuację.
30.11.2014:
"Musicie wiedzieć, że jeśli o zaburzenia odżywiania chodzi, to odkąd 4 lata temu niemal stoczyłam się na dno anoreksji, nie zdążyłam jeszcze całkowicie pozbyć się spięć w paśmie ja-jedzenie. Obecnie nie chodzi tu jednak o głodzenie się czy gwałtowną utratę wagi, ale o coś przeciwnego. Weźmy prostą sytuację - cheat day/meal na koniec tygodnia, powiedzmy w ostatnią sobotę, bo miałam wtedy urodziny, był tort, zdrowa sałatka i wgl wszystko cacy, bo planowałam zjeść kawałek tortu jako "oszukany posiłek", a poza nim normalnie trzymać swoją dietę pod siłownię. Planowałam. Ostatnimi czasy z planowaniem wychodzi u mnie tak, że jak dietę trzymam, to trzymam idealnie, a jak już zjem coś niezdrowego to... leeeci. No więc zjadłam ten tort, a potem się zaczęło, bo potem była sałatka ryżowa z majonezem i wszystko inne w ilości dokładek równej cztery. A gdy goście się rozeszli powędrowałam do kuchni po jeszcze dwa kawałki tortu, na szczęście jeden był dla M. i nie wsunęłam obu sama ;> Dobra, niż nadzwyczajnego, gdyby mojej psychice (inaczej - tej grubej Sylwii wewnątrz mnie) nie spodobał się dzień poprzedni i następnego dnia niemal sama nie poradziła sobie z resztkami tortu i resztą potraw zamiast przygotować coś innego. Kompulsywne objadanie - tak to nazwane jest fachowo. Działam wtedy jak odkurzacz. Jak to często mówię - gdybym nie trenowała, byłabym grubaską ^^ Psychika otyłej osoby jak nic. 
Jak to ostatnio powiedział, wręczając mi małego lizaka na patyku: "Chciałem ci kupić czekoladę, ale byś zjadła i to mi by się oberwało." A Sylwia grubaska w głowie: "Kurcze, szkoda, że nie wziął tej czekolady."

Czytałam sporo książek na temat psychologii żywienia, ale za każdym razem wiedza z nich wyciągnięta ani trochę nie pomagała w praktyce. Weźmy np. "Jedz to co kochasz, kochaj to co jesz" autorstwa May Michelle. Główna myśl, którą zapamiętałam z tego tytułu, to zatrzymanie się zanim coś zjemy, zapytanie siebie czy rzeczywiście jesteśmy głodni, czy rzeczywiście potrzebujemy tego opakowania chipsów, tej tabliczki czekolady, tego kolejnego kawałka ciastka. Jeśli za bardzo kusi nas widok jedzenia na jakieś imprezie możemy wyjść do łazienki i przemyśleć to bez tego widoku i wrócić silniejsi. Brednie, naprawdę. Osoba jedząca kompulsywnie nie myśli o kompulsach podczas kompulsów. Może i zdarzyło mi się kilka razy pomyśleć o tym, że to złe, że będę potem miała wyrzuty sumienia, ale nigdy ta myśl nie była silniejsza od "przyjemności" jedzenia, nigdy nie brała góry, nigdy nie wygrała.
Można powiedzieć, że od czasu tego listopadowego wyznania trochę się zmieniło i już tak nie rzucam się na jedzenie, ale to głównie dzięki mojemu trenerowi. Chyba potrzebowałam bata nad głową, po prostu. Jednak do teraz gdy jednego dnia zupełnie zawalę następnego kompletnie tracę motywację do powrotu na dobre tory.

Choćby jednak nie wiem ile batów nad głową miała osoba chora, zawsze pozostanie aspekt psychologiczny, przyczyna takiego stanu i to na tym skupia się dr Jane McCartney w "Przestań się przejadać". Nie odciąganie uwagi od jedzenia jest według niej najważniejsze. Nawet powiedziałabym, że samo odżywianie jest u niej sprawą najmniej tu istotną. Przez kolejne rozdziały prowadzi ona pełną analizę psychologiczną, bada korzenie tego zjawiska, twoje emocje to wywołujące, a o których może nawet sam nie miałeś pojęcia, aż w końcu doprowadza do starcia z tymi problemami. A skoro już je dogłębnie poznaliśmy, to jaką trudnością jest ich pokonanie?
Ta książka nie jest lekką lekturą, z którą można usiąść na słońcu z mrożoną kawą w ręce. Do przebrnięcia przez wszystkie jej rozdziały potrzebny będzie spory zeszyt i coś do pisania. I skupienie, dużo skupienia, wejścia w swoje emocje, bo inaczej nie będziemy w stanie wykonywać kolejnych z zaleconych przez dr Jane ćwiczeń. Tak jak pewnie podejrzewacie, to tylko wydaje się proste, tak naprawdę bardzo mało znamy samych siebie.
Czy ta książka pomoże osobom jedzącym kompulsywnie? Mogę zaryzykować stwierdzenie, że tak, pomoże. Może nie tak jak analiza twarzą w twarz, ale na pewno jest to doskonały wybór dla osób wstydzących się dzielenia swoimi problemami z obcą osobą. Na pewno mogę jednak powiedzieć, że problemu tego nie należy ignorować, bo nierozłożony na czynniki pierwsze nigdy tak naprawdę sam nie zniknie.

.1402. czekoladowe ciasto na śniadanie

Mam zamiar dzisiaj przebudować parę blogowych zakładek i odświeżyć je nieco, więc możecie spodziewać się paru zmian na blogu :) Jak na razie największą zmianą jest to, że znowu, tak jak kilka lat temu, zaczęłam sobie zapisywać przepisy, które koniecznie chcę wypróbować i wam pokazać. Robi się wiec trochę ciekawiej niż naprzemienne omlety i owsianki. Nie powiem, nowa dieta również trochę zainspirowała mnie do takiego ruchu. Misja: nie czuć, że jest się na diecie, jeść dużo, smacznie i jednocześnie redukować, to co jest jeszcze do zredukowania. Chyba daję radę, bo jem czekoladowe ciasto na śniadanie, a brzuch zmienia się na model sportowy ;D
 czekoladowe ciasto fasolowe (przepis we wczorajszym wpisie) z masłem orzechowym i czekoladowym masłem orzechowym, gorące rozmrożone truskawki
 chocolate bean cake with peanut butter and chocolate peanut butter, warm strawberries

Rusz się po zdrowie. Czwartki walki z rakiem.

Rusz się po zdrowie - stwierdzenie tak proste, a jednocześnie stające się wyzwaniem wielu. Tymczasem wystarczy kilka prostych kroków, by znacznie poprawić swoje zdrowie i jakość życia.

Nie potrzeba rewolucji by czuć się lepiej i lepiej wyglądać. Ruszajmy się, jedzmy zdrowiej i dodajmy do swojej diety warzywa i owoce – tylko tyle. 30 min spaceru, zrezygnowanie z przetworzonej żywności i dodanie do każdego posiłku garści warzyw i owoców i zdrowie gwarantowane!

Otyłość dotyka coraz większą liczbę osób i jest jedną z głównych przyczyn rozwoju nowotworów złośliwych. W Polsce problem ten dotyczy nawet 61% mężczyzn i 45% kobiet oraz aż 17% dzieci. Pamiętajmy jednak, że otyłość to choroba z którą możemy z powodzeniem walczyć. Nie straszmy liczbami, a zacznijmy zachęcać innych do niewielkich zmian na plus. Małymi krokami i podejmując decyzje właściwe dla naszego organizmu każdego dnia, dotrzemy do zdrowia :)


Pomocą dla nieprzekonanych może być Europejski kodeks walki z rakiem. Główne jego zalecenia dotyczą właśnie zdrowego stylu życia. Zapoznajcie się z nimi i bądźcie zdrowsi 
Główne zalecenia Kodeksu to:

1.         Nie pal! Jeśli palisz, przestań. Jeśli nie potrafisz przestać, nie pal przy niepalących.
2.         Wystrzegaj się otyłości.
3.         Bądź codziennie aktywny ruchowo, uprawiaj ćwiczenia fizyczne.
4.         Spożywaj więcej różnych warzyw i owoców: jedz co najmniej pięć porcji dziennie.
5.         Jeśli pijesz alkohol – piwo, wino lub napoje wysokoprocentowe – ogranicz jego spożycie.
6.         Należy unikać nadmiernej ekspozycji na promienie słoneczne.
7.     Przestrzegaj ściśle przepisów dotyczących ochrony przed narażeniem na znane substancje rakotwórcze.
8.         Kobiety po 25. roku życia powinny uczestniczyć w badaniach przesiewowych w kierunku raka szyjki macicy.
9.         Kobiety po 50. roku życia powinny uczestniczyć w badaniach przesiewowych w kierunku raka piersi.
10.       Kobiety i mężczyźni po 50. roku życia powinni uczestniczyć w badaniach przesiewowych
w kierunku raka jelita grubego.
11.      Bierz udział w programach szczepień ochronnych przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B.

Tylko tyle, albo aż tyle wystarczy, by znacznie ograniczyć zachorowalność. Tylko tyle wystarczy by nie zachorować nie tylko na raka, ale też znacznie poprawić swoją odporność i nie dać się także najzwyklejszej grypie i wielu innych chorobom. Pamiętajmy o tym :) Ja odkąd staram odżywiać się zdrowo i regularnie trenuję, czuję się znacznie silniejsza i pełna energii.


Odżywianie i ruch to są tematy, które zawsze mnie interesowały i które cały czas poruszam na blogu. Warto pamiętać, że dbanie o siebie zapewni nam nie tylko świetną figurę, ale także zdrowie.

I pamiętajmy, że najważniejsza jest tu regularność! Jedzmy regularnie warzywa i owoce (5 garści dziennie) i regularnie ćwiczmy. Już trzy razy w tygodniu po 30 minut jest w stanie pomóc. Intensywność ćwiczeń nie jest najważniejsza. Regualrny spacer więcej zdziała niż jednorazowe wyjście na siłownię. Niezależnie więc od naszego trybu życia powinniśmy postarać się o chwilę dla siebie, zdrowy posiłek i ruch - nasz organizm na pewno się odwdzięczy :D

A więc do dzieła! Zacznijmy nowy rok podejmując zdrowe decyzje!

I na koniec, dla nieprzekonanych, słowa Soni Bohosiewicz i jej pogląd na zdrowe życie:
– Specyfika mojego zawodu sprawia, że mój każdy dzień jest właściwie inny od poprzedniego. Mój tryb życia nie jest regularny. Jednak właśnie dlatego bardzo zwracam uwagę na to jaki styl życia przekazuję rodzinie, jak odżywia się moja rodzina i czy jest aktywna fizycznie. Sama też muszę dbać o to, żeby dobrze wyglądać oraz mieć siłę i energię do pracy i dla rodziny. Dlatego, kiedy przygotowuję posiłki, pamiętam, aby nie zabrakło w nich warzyw i owoców. Jedząc obiad opowiadamy sobie, jak to co jemy cieszy nasze serce, nerki i mózg. Dzieciaki uwielbiają te historie! Dla mnie jest bardzo istotne co mam na talerzu, dlatego dokonuję przemyślanych wyborów – już w sklepie. To co kupię, będzie w domu. Cieszę się też, że jestem mamą dwójki chłopców, bo dzięki nim zawsze jestem w ruchu. Wspólne zabawy, spacery i jazda na rowerze dostarczają nam sporo energii i doskonale wpływają na nasze samopoczucie. Zawsze byłam aktywna, ale wbrew pozorom to właśnie dzięki dzieciom w moje życie na stałe wkradła się aktywność fizyczna i to naprawdę w sporych dawkach. Często sama uprawiam sport – basen, siłownia i bieganie działają zbawiennie na moje zdrowie – mówi Sonia Bohosiewicz, aktorka i piosenkarka.

Zadanie Prewencja pierwotna nowotworów finansowane przez ministra zdrowia w ramach Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych.

Czwartki walki z rakiem - szkoła.

Jak oceniacie naukę szkolną na temat wpływu stylu życia na zdrowie człowieka? Taaa, ja też nie jestem w stanie jej ocenić, bo po prostu jej nie było. A teraz wyobraźcie sobie szkołę, w której ta fundamentalna przecież wiedza jest w prosty sposób przekazywana. Najlepiej przecież uczyć właściwego postępowania i dbałości o własny organizm już od najmłodszych lat.

Dlatego powstał Program Szkoła promująca zalecenia Kodeksu Walki z Rakiem, który ma za zadanie kształtować te postawy prozdrowotne wśród uczniów i przekonać ich, że sami mogą zminimalizować ryzyko zachorowania na raka. – Szkoła odgrywa kluczową rolę w rozwoju i edukacji każdego człowieka, dlatego powinna być miejscem, w którym młodzi ludzie dowiadują się, jak mają postępować, aby zminimalizować ryzyko zachorowania na raka. Stąd pomysł opracowania ogólnopolskiego programu, który wyposaży nauczycieli w narzędzia pozwalające przekazać tę wiedzę ich podopiecznym – mówi Jakub Łobaszewski, przedstawiciel Centrum Onkologii-Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.


Musimy pamiętać o tym, że to, czego młodzi ludzie dowiedzą się teraz, będzie miało swoje odzwierciedlenie w przyszłości. Czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał. Żyjemy w świecie mocno przetworzonej żywności, braku ruchu, otyłości i częstych chorób. Zmiany w naszym postępowaniu, będą niosły za sobą zmiany w zachowaniu i nawykach młodszych pokoleń. Wbrew pozorom najważniejsze jest tu dawanie dobrego przykładu i wpajanie zdrowych przyzwyczajeń od jak najmłodszych lat. W innym wypadku ludzie zaczynają interesować się wpływem tego co robią/jedzą niestety dopiero wtedy, gdy coś jest nie tak z ich zdrowiem lub zdrowiem ich najbliższych.


Podstawą projektu są inicjatywy uczniów i nauczycieli realizowane w ramach zajęć szkolnych lub pozaszkolnych, które mają na celu promować zdrowe nawyki oraz wskazać kierunki do prostych zmian w swoim sposobie życia. W poprzednich latach zorganizowano wiele lokalnych szkoleń, wykładów, akcji społecznych oraz imprez sportowych, w których brali udział nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale również rodzice i członkowie społeczności lokalnej. W ten sposób jesteśmy w stanie ukazać młodym ludziom znaczenie problemu oraz zarazić ich entuzjazmem czy miłością do sportu, co z pewnością zaowocuje w przyszłości. Poodczas zajęć z najmłodzymi przedstawiane są zalecenia Europejskiego kodeksu walki z rakiem, który powstał z inicjatywy Unii Europejskiej, by poprzez promocję zdrowego stylu życia i zachowań prozdrowotnych, zmniejszyć liczbę zachorowań na nowotwory.


Dbajmy o najmłodszych i pokazujmy im, że zdrowe życie może być ciekawe i inspirujące. Sami zacznijmy się ruszać, jedzmy zdrowo i kolorowo – nie tylko będziemy mieć więcej energii, ale za naszym przykładem pójdą też maluchy. Bo zdrowe życie to przyjemność!

Zadanie Prewencja pierwotna nowotworów finansowane przez ministra zdrowia w ramach Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych.

Dlaczego zlinczuja mnie weganie.

W poszukiwaniu żywienia idealnego
Tak jak parę miesięcy temu napisałam o weganizmie i jego na mnie wpływie, tak dzisiaj muszę nieco zmienić swój punkt widzenia. Jak możecie przeczytać tu: Dlaczego weganizm? - wybrałam tą dietę ze względu na męczącą mnie już kilka lat egzemę na palcach dłoni. Od razu po zmianie odżywiania odczułam znaczną poprawę, a skóra wyleczyła się niemal zupełnie. Teraz, po prawie pół roku korzystania z dobrodziejstw tej diety zaczęły odkrywać się też jej wady. Po pierwsze - stan skóry, który był dla mnie główną motywacją do tej diametralnej rewolucji: Około dwa miesiące temu egzema nie tylko wróciła do stanu poprzedniego, ale od września poszerzyła swoją "działalność" z samych opuszek na całe palce, po obu stronach dłoni. Nie mam pojęcia jaki jest tego powód. Poza tym ponad miesiąc temu zaczęły dokuczać mi problemy trawienne i nie dość, że ciągle chodziłam wzdęta (przy czym idealnie płaski brzuch na początku weganizmu zdziwił mnie bardzo pozytywnie), to po zjedzeniu czegokolwiek od razu mnie bolał. Trwało to ok. 3 tygodnie. Wtedy postanowiłam, że mam dość i nagle z diety wysoko-węglowodanowej z dużą ilością świeżych owoców, warzyw, kasz i strączków przeszłam na dietę z większą ilością białka. To wtedy na blogu pojawił się omlet z kurzych jaj, pierwszy raz od maja, wywołując zresztą wśród was niemałe poruszenie. Od tego czasu, nie wiedząc już kompletnie co mam jeść by było to dobre dla mojego organizmu, zaczęłam zastanawiać się nad wizytą u dietetyka czy kogoś w ten deseń. Zostałam z samymi znakami za pytania. Koniec końców od dwóch tygodni jem jaja, mniej roślin strączkowych, mniej produktów sojowych, skóra ani się nie poprawia ani nie pogarsza, a brzuch się uspokoił. To by było na tyle jeśli chodzi o moje przeprowadzane na sobie eksperymenty. Może jeszcze kiedyś znajdę swoją Dietę Idealną.

poniedziałek


Chłopak na masie, ja na redukcji i jak tu w końcu nie skusić się na małe grzeszki. Zresztą makroskładniki się zgadzają, produkt bez jaj, to można od czasu do czasu jeść*. Chociaż, hmm... mam w garażu 12 dojrzałych bananów, więc może zrobię jeszcze chlebek bananowy ;)

Płatki czekoladowe z mlekiem sojowym, waniliowym Complete i bananem
Chocolate balls flakes with soy milk and banana
Mleko podgrzałam, wymieszałam z Juice Plus Complete i zalałam nim 40g czekoladowych płatków. Na koniec dodałam banana. Wyszło bardzo słodkie, tak, że moja potrzeba zjedzenia czekolady czuje się baaaardzo zaspokojona. Koszt tej słodyczy to 518kcal, 23g białka, 10g tłuszczu i aż 84g węglowodanów (się zje na obiad albo kolację warzywa ze strączkami, bez ziemniaków, ryżu czy makaronu i bilans wyjdzie w normie ;))

*Aktualnie podliczam makro w serwisie MyFitnessPal, bo mają prześwietną aplikację na telefon z możliwością skanowania kodu produktu, tak, że ten od razu sam wchodzi do naszego dziennika diety. Saker z kanału Warszawski Koks pokazywał ją tu: youtube link , więc możecie sobie zerknąć jak to działa.
Można też dodawać na stronę swoje dzienne treningi, które podnoszą tego dnia nasze zapotrzebowanie, przez co strona rekomenduje dla nas większą ilość kcal w zależności od określonego wcześniej celu. Jak dla mnie motywujące są na niej też podsumowania, mówiące do jakiej wagi dojdę w 5 tygodni, jeśli codziennie będę jadła tak jak w tym konkretnym dniu. Fajny gadżet :)

.1197. Mój wegański jadłospis.

Ponieważ wiele z was pytało o moje jadłospisy, postanowiłam w końcu zebrać któryś do kupy i wam pokazać :) Oczywiście nie każdy dzień jest tak uporządkowany. Czasami zdarzy mi się jeść piątą kanapkę z masłem orzechowym i bananem, albo, jak ostatnio, spędzić cały dzień u Mateusza, gdzie na obiad, w przerwie między kolejnymi filmami, zjadam kolejne razowe tosty, raz z pomidorami, raz z dżemem porzeczkowym. Wieczorem dobijamy jeszcze domowymi drożdżówkami i kawą. A wczoraj po siłowni uciekł mi autobus i głodna jak cholera ruszyłam do supermarketu. Kupiłam paczkę parówek sojowych oraz 2 ziarniste bułki i zjadłam obie, każda z parówką w środku. Także jak widać czasami się je zdrowo czasami nie, życia podporządkowywać jedzeniu nie polecam, już nieraz próbowałam... Marne skutki.

Na jadłospisach takich jak niżej, wegańskich jak na razie (bo służą bardzo mojej skórze i samopoczuciu - więcej o tym tu), przeplatanych tymi opisanymi powyżej, chudnę. Nie w tempie ekspresowym, ale też nie o to mi tutaj chodzi :) Nie mam zamiaru sprawiać organizmowi kolejnego szoku, ale zmienić nawyki na zdrowsze, przy okazji pokazując trochę mięśni. Ląduję aktualnie na siłowni 3 razy w tygodniu, poza tym 2-4 razy biegam, trochę też jeżdżę na rowerze, ćwiczę jogę i raz w tygodniu robię HIIT. Ale sport to już materiał na osobny wpis. Dzisiaj miało być o jedzeniu :D

Malinowy chia pudding z syropem klonowym i domowymi lodami bananowo-orzechowymi, kawa z mlekiem sojowym. / Chia pudding: 3 łyżki nasion chia zalałam wieczorem szklanką sojowego mleka oraz wymieszałam ze szklanką rozgniecionych malin, odrobiną ekstraktu z wanilii i łyżką syropu klonowego. Wstawiłam do lodówki. Rano dokładnie wymieszałam i podałam z malinami i lodami. Lody: 2 pokrojone na kawałki i zamrożone banany zmiksowałam z łychą masła orzechowego. (Niebo na ziemi, naprawdę. Mam nowe uzależnienie - mrożone banany :D Oby mój blender radził sobie z nimi jak najdłużej ;))

Chleb ziarnisty, parówka sojowa, musztarda, pomidor, sałata.

Trening: 30 minut rower (jeżdżę rowerem na siłownię), rozgrzewka, 65 minut ćwiczenia siłowe (górne partie), 15 minut aeroby na siłowni, 30 minut rower.
Bcaa Xtra - podczas treningu.

Placki owsiane z waniliowym białkiem sojowym, porzeczkami i brzoskwinią ufo, na oleju kokosowym. Zielona herbata. / Placki jak ostatnio u mnie często również na śniadanie: 60g mąki owsianej, 20g waniliowej odżywki białkowej, 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia, 170ml mleka sojowego + owoce. Usmażone na oleju kokosowym, wychodzi 5 placków.

Arbuz, brzoskwinia ufo, maliny.

Ryż. Bób, żółta fasolka szparagowa, pieczarki, pomidor, cukinia i marchew w curry z orzechami włoskimi. / Tu: cebula zeszklona na oleju + curry, pieczarki, pokrojone pomidory, cukinia i posiekane orzechy włoskie. Smażone razem do miękkości. Dodatkowo sól, pieprz, ugotowany i obrany bób i ugotowana marchew z żółtą fasolką szparagową. Całość podałam z ryżem.

Książki o bieganiu: "Waga startowa" - Matt Fitzgerald.

Jako, że honorowe miejsce w moim regale z książkami zajmują książki o bieganiu, postanowiłam trochę napisać o niektórych z nich.

Na pierwszy ogień idzie "Waga startowa" Matta Fitzgerald'a (wydawnictwo Inne Spacery). Pozycja ta różni się nieco od reszty moich biegowych książek - nie opowiada historii, a jest poradnikiem. Książka podzielona jest na czternaście rozdziałów kolejno przybliżając odrębne zagadnienia: 
  • Waga i zawartość tkanki tłuszczowej a wydolność organizmu
  • Jak wyznaczyć optymalną wagę zawodniczą
  • Kontrola postępów
  • Sezonowe wahania wagi
  • Wymogi poszczególnych dyscyplin (bieganie, kolarstwo, pływanie, triathlon, narciarstwo biegowe, wioślarstwo)
  • Wskazówki dla początkujących
  • Poprawa jakości diety
  • Bilansowanie źródeł energii
  • Harmonogram posiłków
  • Regulacja apetytu
  • Trening a waga startowa
  • Jadłospis zawodowca
  • Sportowiec w kuchni
  • Rola suplementów diety
Zachwyceni będą miłośnicy tabel i sztywnych faktów, bo to głównie tym karmi nas tu Fitzgerald. Autor tak dużą wagę przykłada wadze ciała, że wydaje się jakby na bardzo odległy plan została zrzucona jakakolwiek radość z uprawiania sportu. Już po kilku kartkach odniosłam wrażenie, że człowiek traktowany jest tu jak robot, dla którego ważne jest tylko i wyłącznie paliwo. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla zawodowców ten aspekt będzie niezwykle ważny, zaawansowany amator też znajdzie tu dla siebie naprawdę sporo przydatnych informacji. A jednak stanęła mi przed oczami scena, gdy to początkujący biegacz, zwykły człowiek, który chce zrzucić kilka kilogramów sięga po tą książkę. Taka osoba może być poważnie przerażona ilością wchodzących tu w grę liczb, wykresów, wzorów, którym nagle ktoś każe mu się podporządkować. Hmm, no można zwariować.
Niech więc przeczytają ci, którzy doszli do swojej sportowej ściany, ci, którzy nie są w stanie bardziej poprawić swoich wyników i szukają pomocy. Waga i dieta mogą odegrać tu dużą rolę, a Fitzgerald jako dietetyk, biegacz i triatlonista z całą pewnością jest w stanie pomóc. 

.1155. dlaczego vegan challenge?

Owsianka z bananem, brzoskwiniami , masłem orzechowym i syropem daktylowym
Oatmeal with banana, peach, peanut butter and date syrup


Dlaczego vegan challenge? To kwestia, którą chyba powinnam tu pokrótce wyjaśnić. A ponieważ tak skatowałam wczoraj swoje plecy na siłowni, że ledwo dałam radę wstać żeby zrobić śniadanie, myślę, że jest to dobry moment na uzewnętrznianie się ;) Nie, nie chodzi tu o moją nagłą duchową przemianę i postanowienie, że o, od dzisiaj będę chronić zwierzęta, rezygnuję z wszystkiego co ich pochodzenia. Nie, właściwie to pisząc ten tekst, uświadomiłam sobie, że w relacji do tego zachowania, moje pobudki wydają się być zuoełnie egoistyczne. No ale od początku... Od dwóch lat (a może nawet więcej) zmagam się z uciążliwą egzemą na palcach rąk (jakieś 6 lat temu były to palce nóg, ale ustąpiło), po roku leczenia i ciągłego zmieniania maści, moja dermatolog skapitulowała i stwierdziła, że nie wie jak mi pomóc. Kolejne kremy działały tylko w początkowej fazie leczenia, a z czasem, gdy skóra się do nich przyzwyczaiła, było tylko gorzej. Te mocniejsze maści z czasem zaczynały nawet szkodzić tworząc odparzenia. Dermatolodzy snuli domysły: może pani to ma od pomidorów, orzechów, truskawek, owoców cytrusowych, nabiału... W końcu skierowano mnie na testy alergiczne, a gdy już się na nie udałam, pani w szpitalu stwierdziła, że nie mogą mnie przyjąć, ponieważ w połowie miesiąca skończyły się im już fundusze na testy i że mam przyjść w następnym. Potem dodała, że moja egzema jest zaogniona, a ponieważ jest to reakcja obronna organizmu, nie mogą mi zrobić testów i najpierw będzie trzeba to wyleczyć. (No cholera, brawo, jeśli pani wyleczy, to będę zachwycona, bo o to mi chodzi od dwóch lat ^^). Stwierdziłam, że za faszerowanie antybiotykami  i siedzenie w szpitalu o chlebie i wodzie, grzecznie podziękuję. Zaczęłam szperać na różnych internetowych forach i przeglądając zdjęcia zorientowałam się, że w dzieciństwie miałam alergię na nabiał, tylko że wtedy nikt nie skojarzył moich objawów z odżywianiem. Przeglądając dalej, trafiłam na chłopaka, który opisywał swoje zmagania z trądzikiem i również zauważyłam spore podobieństwo do swojej skóry. Z obserwacji poczynionych na sobie w ciągu całego tego długotrwałego leczenia widziałam, że palce pogarszają się przede wszystkim po zjedzeniu szynek i po nawet krótkim trzymaniu w rękach surowego mięsa (aż się boję czym to wszystko jest faszerowane/w czym maczane ;>), jednak nie zauważyłam zmian po odstawieniu nabiału, więc olałam sprawę. Może po prostu odstawiałam na zbyt krótko i za szybko chciałam widzieć efekty. Tak czy siak, w zeszły tygodniu, 12 maja, przestałam jeść nabiał i tylko sporadycznie włączałam kawałek kurczaka czy tuńczyka. Poprawa w ciągu trzech dni była tak duża, że naprawdę mnie to zaskoczyło: zmieniła się nie tylko skóra rąk, ale też twarzy, a w pasie zeszły 2cm. W piątek wyjeżdżałam do Krakowa, gdzie spędziłam cały weekend, nie zwracając dużej uwagi na dietę, więc wróciłam z powrotem egzemy i wzdętym brzuchem. Wiedząc więc już co mi służy a co nie, od poniedziałku (19 maja) rozpoczęłam dietę wegańską i ciągnę to na razie, czekając aż skóra będzie zupełnie gładka. Nie wiem czy zostanę weganką na dobre. Na razie nie tęskni mi się za serkiem wiejskim czy twarogami, których pochłaniałam przecież tak duże ilości - sama się sobie dziwię. Na razie jest mi z tym bardzo dobrze, a nawet mam więcej energii! Może mój organizm rzeczywiście błagał o lepsze traktowanie przez te wszystkie lata.