Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy biegowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy biegowe. Pokaż wszystkie posty

Cracovia. Maraton, którego nie przebiegłam.

Dawno miałam napisać relację z tego biegu, już trzy tygodnie minęły od mojej podróży do Krakowa. W tym czasie ukradkiem przemykałam pomiędzy lawiną pytań - zdawkową odpowiedzią, lekkim westchnieniem, smutnymi oczami. Nie, nie przebiegłam tych 42km. Z perspektywy czasu, cieszę się, że nie napisałam tego wpisu wtedy. Teraz emocje opadły, a ja w tej sytuacji nie widzę już tylko wad, ale też zalety. Nie wszyscy którzy wędrują są zagubieni, nie każdy który próbuje, jest przegranym. Sylwia, cholera, przecież masz to wytatuowane! Mimo wszystko, po tym weekendzie, przed popadnięciem w stan ocierający się o depresję, nie zdołałam się uchronić. 

Start był spokojny, planowo, chwyciłam się grupy pacemakera na 4:30 i biegło się naprawdę dobrze. Nawet bardzo dobrze, aż do okolic 14km... Wtedy to zaczęłam mimowolnie zwalniać, a prawa noga z każdym krokiem coraz bardziej blokowała ruchy. W duchu zaczęłam błagać o powrót luzu w mięśniu, jak na złość jednak, dawna kontuzja dawała o sobie znać coraz bardziej. Od kilku miesięcy naderwany kiedyś mięsień kłuł na niektórych treningach, ale nie tak, jak w tym momencie. Tu ból się pogłębiał, a ja powoli, z coraz większym grymasem na twarzy, biegłam dalej. Kolejne metry ciągnęły się niemiłosiernie, a w mojej głowie toczyła się walka, gdzie po jednej stronie była wizja ukończenia maratonu, a po drugiej tylko ból, ból i ból. Od 15km biegłam pierwszy raz w życiu płacząc podczas biegu. Nie wiem czy powodem była już wizja zbliżającej się wielkiej porażki czy zablokowana noga. Dziękowałam sobie, że wzięłam okulary przeciwsłoneczne i że ludzie wokół nie widzieli mojego kryzysu. Nie należę do osób liczących na czyjekolwiek współczucie w jakiejkolwiek życiowej sytuacji. Na 16km minęła mnie grupa biegnąca na 4:45, założony plan był gdzieś daleko z przodu. W głowie zaczęła wirować myśl o pomocy medycznej, minęłam dwa miejsca, gdzie stali ratownicy, dopóki zdecydowałam się na skręcenie w ich stronę i jednocześnie pogodzenie się ze swoją porażką. 
Łkając lekko, wytłumaczyłam o co chodzi, popsikali nogę lodem w sprayu i poczęstowali izotonikiem. Widząc jednak mój stan (zdjęłam okulary), od razu stwierdzono, że dalej to ja nie pobiegnę. Podzwoniono i utykając już, doczłapałam do karetki. Razem z jeszcze jedną kobietą, która zasłabła na trasie, na sygnale pojechałyśmy na metę, gdzie na nią czekał mąż, a na mnie Magda. Dla mnie bieg się skończył. W tym momencie czułam jednocześnie nienawiść do biegania, nienawiść do siebie i niedowierzanie, że to jednak już koniec.
Wracając do momentu mojego siedzenia na brzegu drogi z ratownikami medycznymi: zobaczyłam wtedy biegnącą dziewczynę, która przyglądała mi się badawczo i nagle pomachała mi z wielkim uśmiechem na twarzy, krzycząc: "Dasz radę, Sylwia!". Podejrzewam, że to któraś z czytelniczek bloga, więc serdecznie ci dziękuję, nieznajomo. Wtedy, wiedziałam, że sobie nie poradzę, ale teraz, po tych dwudziestu dniach, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jednak dałam radę. "Każda porażka jest szansą, żeby spróbować jeszcze raz, tylko mądrzej." - powiedział Henry Ford. Nie myślę teraz o kolejnej próbie podejścia do maratonu, chyba to jeszcze za wcześnie, jednak stopniowo przerzuciłam się na siłownię i to tam spędzam teraz porównywalnie tyle czasu ile na bieganiu. Bieg jest dla mnie aktualnie spokojnym cardio uzupełniającym treningi. Na razie tak mi dobrze, ale i tak jeszcze nieraz zobaczycie mnie na starcie jakiś zawodów. Ja tak łatwo nie odpuszczam.

VII Bieg Bez Granic - Racibórz


W ostatnią sobotę, jak to zawsze u mnie bywa w dniu zawodów, okropnie nie chciało mi się biegać. Fakt ten potęgowa niska temperatura, zimny wiatr, ponura aura i deszcz. Gdy w okolicach godziny 15 docieraliśmy do Raciborza, rozpadało się już na dobre i nic nie zwiastowało poprawy pogody. Mimo to na starcie dziesięciokilometrowego biegu zjawiło się prawie 300 biegaczy gotowych do wyzwania. Ruszyłam z lekko stremowanym tatą, którego miał to być debiut w biegowej imprezie, po kilku miesiącach rekreacyjnego biegania. Chociaż przed zawodami kilkukrotnie usłyszałam od niego, że mam nie biec za szybko, było wręcz odwrotnie: to tata ruszył z dużą prędkością od pierwszych kilometrów i to on ciągnął mnie za sobą, a nie ja jego. Po trzech kilometrach zaczęłam się obawiać, że jednak zaczęliśmy za szybko, jednak każdy następny był odrobinę wolniejszy, więc udało się biec razem prawie bez zatrzymywania do samego końca. Prawie, bo na ósmym kilometrze poczułam blokadę wędrującą w mojej prawej nodze od łydki aż do samego pośladka, co nie zwiastowało niczego dobrego. Zatrzymałam się i kazałam biec tacie dalej samemu. Od razu przypomniał mi się moment na Żywieckim Półmaratonie w 2013 roku, gdy po chwili blokady, również na dwa kilometry przed metą, poczułam mocne szarpnięcie i ból. Wtedy musiałam odpuścić biegowe treningi na dwa miesiące, a teraz miałam biec maraton za 2 tygodnie, więc przeszłam marszem ok. 400m, rozluźniłam nogę, rozmasowałam lekko i czując zejście napięcia z mięśni, ruszyłam sprintem w kierunku taty. Dogoniłam go i wpadłam na metę zaraz za nim, odbierając medal i ciesząc się z wyniku: tata pobił swój rekord na 10km o całe 8 minut zyskując czas 00:57:04. Jestem bardzo dumna :D Ja przebiegłam swoją najszybszą od jakiegoś czasu dyszkę, odrywając się nieco od wizji maratońskiego stresu i ostatnich bardzo wykańczających treningów. Do poprawy mojego 00:49:38 dużo brakuje, ale nie czas teraz na porównywanie starej formy do obecnej. Będzie dużo dużo lepiej ;) Za to tata dzisiaj wkroczył do mojego pokoju z uśmiechem na ustach i spytał gdzie następny start, to dla mnie najlepsza nagroda :D

Poznań Półmaraton

Mam pewien sentyment do Poznania. Nie wiem czy to dlatego, że był on jednym z miast które odwiedziłam jako pierwsze podczas blogowych podróży po Polsce czy może sprawił to jego specyficzny klimat. Tak czy inaczej, Poznań lubię i gdy pół roku temu Siaśka dała mi znak o tutejszym półmaratonie, nie zwlekając zabukowałam swój numer startowy.


Jako, że w piątki nie mam zajęć na uczelni, już z samego rana siedziałam w przedziale pociągu z dwiema przemiłymi starszymi paniami zaciekle dyskutującymi o swoich synowych. O czternastej, po pięciu godzinach prób czytania książek i słuchania okropnie długich historii, przy których co chwilę traciłam wątek, byłam już na miejscu, gdzie odebrała mnie Siaśka. No więc gadanie do późnej nocy i filmy, a w sobotni poranek zafundowałyśmy sobie cukiniowe placki na słodko. Zaraz potem ruszyłyśmy na lekką przebieżkę do pobliskiego parku: lekki ból gardła, zimny wiatr i niska temperatura nie nastrajały mnie pozytywnie, szczególnie, że nastawiłam się na ciepłą niedzielę i start w letnich ciuchach. Dlatego też już w sobotę zaczęłam przewidywać, że cały następujący po półmaratonie tydzień spędzę w łóżku z toną chusteczek i syropem na kaszel (co na szczęście nie nastąpiło).


Wychodząc z domu w niedzielny poranek, kontynuowałam swoją pesymistyczną wizję i zaczęłam szczerze wątpić, że ten dzień może stać się ciepły tak, jak to twierdziły wszystkie stacje meteorologiczne. Mimo to, odważnie, spakowałyśmy tylko krótkie spodenki i zaraz po energetycznych, ulubionych przed startem, gofrach, ruszyłyśmy w trasę. Jeszcze mocniej zaczęłam bać się pogody, gdy zobaczyłam ten ogrom osób ubranych w biegowe bluzy z długim rękawem i legginsy. Wyglądałam przy nich komicznie w moim cienkim topie i krótkich spodenkach. "Spokojnie Sylwia, spokojnie. Ta idąca obok kobieta też ma krótki rękaw." Po zostawieniu plecaków w depozycie, przebiegłyśmy dystans 1km od szatni na start po czym odetchnęłam z ulgą, bo chłód zaczął ustępować promieniom słońca. Ruszając do startu wiedziałam już tylko, że dam radę, wiedziałam też, że nie będzie ani życiówki ani nawet relatywnie dobrego wyniku, ale to nie o nie tego dnia chodziło. Albo za mało trenowałam, by liczyć tu na coś lepszego, albo moja głowa stwierdziła, że mało trenowałam i nie dała mi zrobić niczego lepszego - jedno z dwojga.
Pierwsze 4km biegłam z Siaśką, później kazałam się jej odłączyć, bo wiedziałam, że stać ją na życiówkę, a nie chciałam blokować jej czasowo w końcówce biegu. Na 10km z całego serca dziękowałam sobie, że ubrałam te letnie ciuchy. Co chwilę potrzebna pomoc medyczna na trasie jeszcze mnie w tym utwierdzała. Wiele osób zasłabło z gorąca i musiało zostać położonych na poboczu, w oczekiwaniu na karetkę. 


Niesamowita atmosfera całych zawodów udzieliła się chyba każdemu. Świetna organizacja, spore punkty odżywcze, kapele umilające biegaczom czas, głośni kibice, 7000 biegaczy prących do przodu. Później cudowny medal, róże dla kobiet na mecie, izotoniki, banany, czekolada. Rysą na szkle i jedynym minusem poznańskiego półmaratonu było chyba tylko pasta party. Wybrałyśmy się na nie w sobotnie popołudnie, a później żałowałyśmy, że po prostu nie ugotowałyśmy sobie makaronu w domu. Tak rozgotowanego makaronu z tak nijakim sosem jeszcze nigdy nie jadłam. Wróciłyśmy do mieszkania, a Siaśka upiekła ziemniaki, usmażyła jajka, ugotowała szpinak, no i to był dobry posiłek ładujący energią na następny dzień :)
A potem, niezadowolona z wyniku, ale zadowolona z udziału, niestety musiałam wracać.


Mimo wszystko lubię podróże pociągiem. Niesamowite, jak wiele historii usłyszy się podczas tych kilku godzin, jak wiele pozna się osób i jak bardzo doświadczy zwykłej, ludzkiej życzliwości. Czy to wcześniej wspomniane starsze panie przechodzące od tematu synowych do malutkich piesków i do długiej rozprawy na temat wojny polsko-ruskiej i dawnych polskich królów (taa, jedna z tych kobiet była emerytowaną nauczycielką historii) czy to cała droga powrotna spędzona na gadaniu o imprezach biegowych z sześćdziesięcioletnim maratończykiem, jego synem i młodym studentem medycyny. Traf chciał, że w niedzielę trafiłam do jednego przedziału z tymi właśnie trzema osobami, które również biegły tego dnia poznański półmaraton i również zmierzały w kierunku Katowic. Oj długo mogę słuchać człowieka mającego za sobą ponad 40 lat biegania i będącego nadal w tak świetnej formie, że aż wstyd podawać przy nim swoje wyniki. Takich pełnych pasji i energii późnych lat sobie życzę. I wam wszystkim również. Naprawdę niesamowite.

Półmaraton Żywiecki po raz drugi.


W zeszłym roku po zawodach w Żywcu pisałam o mroźnej aurze, a wspominając tamto bieganie, od razu przypominam sobie topiący się śnieg, schodzący w postaci wody na trasę półmaratonu. W tym roku było cieplej, znacznie cieplej i chociaż poranny chłód pomiędzy wietrznymi ulicami Żywca nie zachęcał do zrzucania ubrań, wiele osób zdecydowało się na start w krótkich spodenkach i krótkim rękawie. Chociaż, czy to wydaje się choć trochę dziwne, jeśli już nie raz widywało się biegaczy startujących w takim stroju nawet przy -10 stopniach? Ja wybrałam bluzę z długim rękawem, o której pisałam tu: klik i chwilami żałowałam, że nie wzięłam czegoś cieńszego, bo temperatura zaczęła dochodzić do osiemnastej kreski. Za to wróciłam ze spalonym od słońca dekoltem i zarumienioną twarzą ;)

Czasu wiedziałam, że tym razem tutaj nie poprawię. Za mało wybieganych kilometrów przed, wyższa waga i świadomość, że rok temu naderwałam tu sobie mięsień uda (przez co zostałam uziemiona na prawie 2 miesiące i musiałam zrezygnować z wiosennego maratonu), nie były sprzyjającymi warunkami do bicia życiówek. Z 2:08:13 w 2013 roku przeszłam do 2:24:19, czyli gorzej o ponad 16 minut. Aż mi się zatęskniło za swoją dobrą biegową formą jeszcze przed tymi wszystkimi kontuzjami i zapaleniem okostnej, gdzie półmaratony zaliczałam w godzinę pięćdziesiąt. Dołująca zmiana, ale ja się nie poddam tak łatwo.

Półmaraton dookoła Jeziora Żywieckiego, to przede wszystkim podbiegi i bez ćwiczenia ich przed startem, nie ma możliwości osiągnięcia tu dobrego wyniku. Trudna trasa i TEN okropny podbieg na osiemnastym kilometrze, który mimo skrytych nadziei, nie kończy się na zakręcie, ale ciągnie się jeszcze długo za nim (też dołujące), ale warto zawitać tu choć raz w życiu i pobiec. Podziwianie znakomitych widoków, gór wznoszących się nad gładką taflą jeziora i lasów wokół, pozwoli na długo odciągnąć myśli, zanim nogi zorientują się, że biegniesz :) Ja wrócę za rok, poprawić się czasowo.
Szarpię to tempo jak szalona, Sylwio, ogarnij się ^^

.1031. gdzie biegać? plany startowe 2014

owsianka z jabłkiem, masłem orzechowym, suszonymi daktylami i syropem klonowym
oatmeal with apple, peanut butter, dried dates and maple syrup


Trzeba było w końcu rozpisać plany biegowe na 2014 rok, a nawet pozapisywać się i opłacić już niektóre z zawodów. Nastawiam się na powrót do czasów z 2012 roku, sprzed kontuzji, ale za to z większymi dystansami. Przez skupienie się na biegach, musiałam zrezygnować z codziennego insanity, nie chodzi nawet o brak czasu, bo ten pewnie by się znalazł, ale tego wszystkiego na raz moje piszczele nie wytrzymują. Robię więc 3 razy w tygodniu wymiennie z siłownią, biegam 4 razy, z najdłuższymi wybieganiami w niedziele. Ten system zawsze sprawdzał się u mnie najlepiej.

PLANOWANE STARTY 2014
styczeń
11.01 - Memoriál Jaroslava Dubničky, čvrtmaraton, Ostrava - Třebovice

luty
9.02 - Potworny Bieg Zimowy, 10km, Rybnik

marzec

kwiecień
6.04 - Poznań Półmaraton, 21km
27.04 - Cieszyński bieg uliczny, 10km, Cieszyn

maj
18.05 - Cracovia Marathon, 42km

czerwiec
7.06 - Półmaraton Kietrz-Rohov, 21km
15.06 - Półmaraton Energetyków, 21km, Rybnik
22.06 - Półmaraton Księżycowy, 21km, Rybnik
?.06 - Pszczyński Bieg Uliczny, 10km, Pszczyna

lipiec
?.07 - Bieg Powstania Warszawskiego, 10km

sierpień
?.08 - Bieg uliczny, 15km, Jaworzno
10.08 - Maraton Energetyków, 42km, Rybnik

wrzesień
?.09 - Bieg uliczny, 15km, Brzeszcze
5-7.09 - Festiwal Biegów, Krynica
14.09 - Wrocław Maraton, 42km
?.09 - Bieg uliczny, 10km, Knurów

październik
5.10 - Rybnicki Cross, 25km, Rybnik
12.10 - Poznań Maraton, 42km

listopad
11.11 - Bieg Niepodległości, 10km, Warszawa

grudzień
14.12 - Bieg wokół Zalewu Rybnickiego, 12km, Rybnik


Na któreś biegi pewnie nie uda mi się pojechać, powyżej najbardziej optymistyczna wizja jaką dałam radę stworzyć. Za to z całą pewnością wpadnie więcej zawodów czeskich, których terminów jeszcze nie znam. Z Czechami mamy fajny układ i organizowany wspólnie od kilku lat puchar RYBOST (Rybnik-Ostrava) CUP, dzięki temu na każdym z naszych biegów znajdzie się grupa z Czech, a u nich nasza. Wyniki w wybranych biegach przekładane są na punkty, a całość podsumowana jest na koniec roku wraz z przyznawanymi nagrodami dla kobiet i mężczyzn w poszczególnych kategoriach wiekowych. Naprawdę fajna sprawa :) Tym bardziej, że do Czech mam tylko 20km, można spokojnie pojechać choćby i rowerem. 
Pozdrawiam biegowo.

II Bieg o moczkę i makówki. Czyli śląskie Święta.


Na zakończenie i inaugurację biegowego sezonu musiało być coś w miłym towarzyskim gronie. Myślę, że mało który bieg pasowałby tu bardziej niż ten świąteczny odbywający się w Stanowicach. Dwieście osób, dwieście medali z piernika, mróz i dwieście par biegowych butów. W nocy poprzedzającej start ku zdziwieniu wielu, spadł śnieg. Przed samym biegiem trawa nie była nim już pokryta prawie wcale, za to chodniki i droga, po której biegliśmy, jak najbardziej. Było ślisko i wietrznie, szczególnie na jednej prostej pomiędzy polami, gdzie wiatr pchał do tyłu dając efekt biegu w miejscu. Większość jednak już nie zwracała wczoraj uwagi na czas, w jakim pokona te cztery 2,5-km okrążenia. Zupełnie treningowo, zupełnie na luzie i ja dotruchtałam po moczkę i makówki po godzinie, trzech minutach i osiemnastu sekundach.


Do Stanowic przyjechałam z sporą częścią SBD Energetyka, mojego biegowego klubu. Przed biegiem świetną rozgrzewkę poprowadziła moja znajoma, Patrycja. Ta sama, z którą zawsze nie możemy się nagadać przed startami. Weganka, którą zainspirowałam do założenia bloga i w tajemnicy powiem, że dzisiaj na run-vegan pojawi się pierwszy wpis :)


Po biegu były więc zapowiadane makówki i moczka. Tu pierwszy raz jadłam makówki zrobione ze zwykłych bułek - w moim domu potrawę tą przygotowuje się zawsze zalewając zagotowanym mlekiem pokrojony domowy makowiec z oczywiście domową makową masą. Warstwy makowca w misie przekłada się dodatkowym cukrem, rodzynkami i migdałami. Tu wyraźnie wyczuwalny był aromat wiórek kokosowych, poza tym, co mnie bardzo zdziwiło, smak nie różnił się od tych domowych makówek mimo sporych różnic w wykonaniu.
Moczka, przepis na nią podawałam w zeszłym roku, chociaż niezwykle trudno podać jej dokładne proporcje. Chyba znana tylko na Śląsku. Ta domowa w tym wypadku dużo lepsza od podanej nam na biegu, ale wielki plus za naprawdę sporą dawkę bakalii :) 

Wracam tam za rok. Bieg godny uczestnictwa, poczucia jego klimatu, swoistej świątecznej magii, smaku maku i aromatu piernika. Takie starty pamięta sie długo. Wesołych Świąt :D

.1005. tosty, plany i zdjęcia z biegowej rozgrzewki

tosty z serem, cukinia, sałata i jajko
cheese toasted sandwich, zucchini, lettuce and egg

Przed niedzielnym biegiem była rozgrzewka - fitness na mrozie, bardzo zresztą przyjemny :)

Co jak co, ale kocham rozpisywanie planów, grafików, punktów. Dlatego też nie mogło już teraz zabraknąć u mnie ogólnych planów startowych na przyszły rok oraz planu treningowy od teraz aż do Cracovia Marathonu (18 maj). Pół roku, więc szmat czasu, ale będzie to przygotowanie o wiele skrupulatniejsze niż do tegorocznego królewskiego dystansu. W tym roku będzie mnie można spotkać jeszcze na Biegu po moczkę i makówki w Stanowicach (21 grudzień). Tym towarzyskim biegiem w świątecznym klimacie, kończę starty 2013. Otwarcie sezonu 2014 zapowiada się tak jak to było w tym, Gliwickim Biegiem Orkiestrowym (11 styczeń), który organizowany jest w ramach wsparcia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Potem Potworny Bieg Zimowy w Rybniku i chyba Brzeszcze. Chcę też wrócić do Żywca na tamtejszą przepiękną i trudna trasę półmaratonu (30 marzec), a może i zawitać na półmaratonie Poznańskim (6 kwiecień). Plus Silesia Półmaraton (2 maj), Rybnicki Półmaraton Księżycowy (22 czerwiec), Festiwal Biegów w Krynicy, Wrocław Maraton i Poznań, jeśli się uda.
Treningu czas. Kto mnie znajdzie na zdjęciach i z kim się widzę na któreś z tych imprez? Buziaki.

.1003. makowy placek i Bieg wokół Zalewu Rybnickiego

Najszybszy owsiany placek jaki udało mi się zrobić. Pojedynczy, żeby nie bawić się w przewracanie poszczególnych sztuk, tylko jednego giganta.
makowy placek owsiany z gruszką
poppy seeds oatmeal pancake with pear

Wpis dodaję dopiero teraz, bo już o 9 musiałam stawić się na terenie rybnickiej elektrowni, gdzie o 10 ruszył bieg wokół zalewu na 12km. W biegu tym brałam udział również w zeszłym roku, możecie o tym poczytać tu i tu. W tym roku było nas więcej. Więcej było też towarzyszących imprezie atrakcji - m.i. pokaz sztuk walki z Stowarzyszenia Dalekowschodnich Sztuk Walki TAO. Czas zrobiłam niemal identyczny jak w zeszłej edycji, więc nie mogę tu mówić o jakiś postępach. Z jednym wyjątkiem, że wtedy biegałam systematycznie 4 razy w tygodniu + siłownia, a teraz hmmmm w tym tygodniu zrobiłam jeden ośmiokilometrowy trening w czwartek, wcześniej 1,5km bieżni w środę i 6km bieżni w niedzielę tydzień temu. To tyle jeśli chodzi o bieganie w grudniu. Z jednej strony, to dowód na trzymanie się formy mimo przykładania jakieś szczególnej uwagi do treningów oraz biorąc pod uwagę to, że teraz moja waga jest większa (maaaasaaa! no to teraz trzeba się trochę porzeźbić). Czas znowu się przyłożyć i na wiosnę zbierać wyniki.
Plusem dzisiaj była pogoda. Bałam się, że Zalew znowu okaże się biegiem ekstremalnym, a trzynasta edycja ta pechową. W zeszłym roku biegaliśmy w temperaturze -13 stopni. Przy takiej aurze, nawet fakt, że większość trasy to nawierzchnia crossowa nie robi żadnej różnicy, bo ziemia i liście były wtedy zamarznięte na kość. Dzisiaj łagodnie, nawet orkan ustał i choć wiatry mają wrócić jutro, dzisiaj dały nam pobiegać. Fajne zawody na zakończenie biegowego sezonu. W tym roku jeszcze tylko towarzyski bieg świąteczny :)

.973. II Półmaraton Baszta w Krostoszowicach


Półmaraton, ale klubowo robiliśmy mniejsze dystanse w ramach DPŚ. Przepiękna, bardzo wymagająca trasa, silna ekipa i nowe koszulki (w końcu widać kto jest kto). 
Normalni ludzie w niedzielę rano śpią, odpoczywając po ciężkim tygodniu, biegacze w niedzielę rano biegają, myślą o bieganiu ew. pakują się do samochodów i jadą na zawody, odreagowując ciężki tydzień (?) I czy to oznacza, że jesteśmy nienormalni? Ja, jak to zwykle u mnie bywa w dzień biegowych wyjazdów, wstałam rano z kompletną niechęcią, pytaniem "po co?" w głowie i zupełnie negatywnym nastawieniem. Co dziwne gdy już się ogarnę, spakuję rzeczy, włożę Garmina na nadgarstek i biegowe buty na stopy, momentalnie zmienia mi się humor. No więc pojechałam - najpierw do Rybnika, a z Rybnika już z Dariuszem, Asią, Wojtkiem, Basią, Kasią, Rafałem i Mirkiem do Krostoszowic, gdzie zdążyło się już zebrać sporo osób. Potem przygotowanie i start. Las, las, górka, liście, gałęzie, podbieg, podbieg, gdzieś w końcu musi być zbieg..., podbieg... O! Autostrada! To jeśli chodzi o trasę ;) 
Po biegu czekolada, banany, kawa, woda, a potem grochówka (o dziwo dobra, choć grochówki nie lubię :p). Organizacja też bardzo dobra, no i pomiar czasu za pomocą chipów wiązanych do buta. Z pewnością warte powtórki - następnym razem w pełnym wymiarze, po medal.
Drużynowo zajęliśmy trzecie miejsce, głównie ze względu na to, że nasz klub jest mniejszy. Za rok trzeba nagonić więcej nowych członków i wygrać ;)

owsianka z bananem, twarogiem, migdałami i rodzynkami
oatmeal with banana, quark, almonds and raisins

.913. Krynica wita. Festiwal Biegów.

Przeszłam samą siebie i w dzisiejszym wpisie jest aż siedemnaście zdjęć. Jakoś jednak starałam się je upchnąć pomiędzy dwa posty opisujące festiwal, a chciałam pokazać tu jak najwięcej, tym bardziej, że w zeszłym roku zdjęć w Krynicy zrobiłam tylko kilka. 


Tak jak w zeszłym roku - spacer krynickim deptakiem, tak jak w zeszłym roku - śniadanie z Alą (a nawet dwa śniadania, obiad i dwie kolacje...). Kolacja z ruskimi pierogami w góralskiej knajpie, a na śniadanie naleśniki w plenerze - nasza mała wielka tradycja. No i bieganie, tysiące ludzi pozytywnie zakręconych na tym samym punkcie. Wygrani już samą tu obecnością.
W tym roku startowałam tylko w jednym biegu, Życiowej Dziesiątce Taurona. Muszę przyznać, że bardzo chciałam, żeby te 10km rzeczywiście było życiowe, ale już na samym starcie przekonałam się, że będzie to dla mnie niewykonalne. Ból piszczeli (zapalenie, och proszę cię, nie wracaj!), ból brzucha, ogólne zmęczenie i nastawienie zmieniło się diametralnie. Do tego zmęczenia najbardziej przyczyniło się pewnie niewyspanie (Nocowanie na materacach rozłożonych na sali gimnastycznej nie było dobrym pomysłem na dzień przed zawodami. Ludzie startujący w ultramaratonie zaczęli się zbierać już o drugiej w nocy, budząc przy okazji wszystkich, gadając, krzycząc i chodząc tam i z powrotem. Trwało to jakieś 1,5h. Mimo wszystko wybaczam hałasy i wielki szacun dla was ludzie. Jesteście wielcy :)) Przetruchtałam się więc delikatnie do końca trasy, rozmawiając z równie wolno truchtającymi ludźmi. Nie ubolewali oni szczególnie nad tym czasowym faktem, tak samo i ja nie będę. Nie powinnam oczekiwać od siebie zbyt wiele po przebiegniętym miesiąc temu pierwszym w życiu maratonem, praktycznym braku odpoczynku po nim oraz późniejszym trenowaniu biegania tylko po dwa razy w tygodniu. Słabe warunki do bicia życiówek. Czas wziąć się porządnie do roboty.
Po tym całym górskim zamieszaniu, czterech godzinach drogi z zarysem szczytów w tle i rześkim powietrzem, zapragnęłam jakiegoś wypadu na szlaki. W przyszłe wakacje na pewno nie odpuszczę choćby i weekendowego wyjazdu na niedaleki Beskid Śląski.

pełnoziarniste naleśniki z dżemem jagodowym / kremem czekoladowym, bananami i rodzynkami, jogurt pitny pistacjowo-kokosowy
wholemeal crepes with blueberry jam / chocolate cream, bananas and raisins, pistachio-coconut drink yoghurt